Wiem, że bardzo lubicie te ciążowe wpisy, dlatego dziś mam dla Was kolejny. Być może - i mam nadzieję! - ostatni taki przed porodem. Wcześniej miałam przeczucia, że urodzę wcześniej, a w niedzielę złapał mnie początek czterdziestego tygodnia... Tak więc raczej nie były to przeczucia, ale klasyczna szajba ciężarnej.
Dziś o zmianach. O tych, które przychodzą do kobiety, kiedy jest w ciąży, choć tak naprawdę to rzeczy, do których stan błogosławiony nie jest potrzebny. W moim przypadku noszenie pod sercem Robaczka sprawiło, że pewne zmiany zaszły same z siebie, bez większego wysiłku. To coś, co poprawiło jakość mojego życia.
Wiele rzeczy nie zmienia się wcale. Ciężarna (jak ja nie lubię tego określenia!) to taka sama kobieta, jak wcześniej. Chodzi do pracy, spotyka się ze znajomymi i do pewnego momentu w ogóle nie widać, że jest w ciąży. Po prostu od początku łyka sobie kwas foliowy, nie pije alkoholu (o tym chyba nie trzeba specjalnie przypominać?) i nagle orientuje się, że już dłużej nie da rady spać na brzuchu. O tym, jak czułam się podczas ciąży mogliście poczytać w tym wpisie.
Gdzieś obok tego wszystkiego, zmienia się myślenie. To, jak postrzegamy same siebie, otaczający nas świat, jak patrzymy na obcych ludzi. I tak, pierwsze - i chyba największe - co u mnie się zmieniło to stosunek do własnego ciała. Na bardziej pozytywny, choć wiem, że kobiety różnie na zmieniające się ciało reagują.
Tyjesz? No trochę tyjesz. Zatrzymujesz wodę, może gubisz włosy, biust przeskakuje o kilka rozmiarów do góry (mężczyźni właśnie teraz robią fanfary), a gdzieś tam pojawiają się rozstępy. I co z tego? No w sumie nic.
Mimo że bardzo dobrze czułam się w moim ciele sprzed ciąży, teraz niespecjalnie przejmuję się dodatkowymi kilogramami. Po prostu oczywiste jest dla mnie to, że w końcu je zgubię, ale nie spędza mi to snu z powiek. Ciąża pozwoliła mi spojrzeć na moje ciało z większym dystansem, zrozumieć, że na pewne rzeczy nie mam wpływu. Akceptacja samej siebie przyszła w najmniej oczekiwanym momencie, ale wiem, że będzie to plusowało w przyszłości. Pewnie łatwiej przyjdzie mi przełknąć pierwsze zmarszczki. ;-)
O akceptowaniu siebie mam nadzieję napisać jeszcze więcej - uważam, że pokochanie siebie i swojego "opakowania" to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jaką człowiek (a szczególnie kobieta) może zrobić dla siebie w czasach, kiedy mówi nam się jak mamy żyć, wyglądać i co mieć, aby być "kimś".
Po drugie - zdrowy egoizm. Trochę się teraz o tym mówi, ale jeśli ktoś jest otwarty na dawanie pomocy innym, często znacznym kosztem swojego czasu, trudno ot tak zacząć odmawiać. A czasem po prostu trzeba - bo się już nie da inaczej. Dla mnie momentem, w którym musiałam popatrzeć na siebie, był czas, kiedy nie byłabym w stanie dać kolejnemu psu domu tymczasowego. Serce krzyczy weź, a wielki brzuch skutecznie przypomina, że nie dam rady teraz socjalizować kolejnej psiej bidy. Usłyszałam wtedy, że mam właśnie czas, który jest tylko mój - mogę spać ile chcę, chodzić na spacery, leżeć i przejmować się tylko sobą. Czas ten faktycznie wykorzystuję (jeszcze wciąż) głównie dla siebie i czuję się z tym dziwnie, choć przyjemnie.
Fakt jest jednak taki, że nauczyłam się, że warto czasem zrobić coś tylko dla własnej osoby. Po ciąży na pewno nie będzie to dotyczyło całodziennego odpoczywania po odpoczywaniu, ale postaram się, aby mieć choć trochę czasu na to, co sprawia mi radość. Na przykład pisanie bloga. :)
Zwolniłam. Zmieniło się tempo życia. Tu głownie dotyczy sfery cielesnej - bo to zmieniające się ciało wymusiło znaczne spowolnienie. Spokojniejszy spacer, dłuższy odpoczynek po czymś męczącym. Wcześniej żyłam dość szybko: szybka kawa, bieg do księgarni, a potem prędko do domu najbliższym tramwajem, z trzema przesiadkami. Bo na ten bezpośredni musiałabym poczekać całe dziesięć minut! Czy na miejscu byłam szybciej? Oczywiście nie. Bycie bardziej slow okazało się być dość proste i naprawdę przyjemne.
Zaczęłam przykładać mniejszą wagę do posiadanych przedmiotów. Bardzo lubię rzeczy ładne - często jestem w stanie wydać na nie większe sumy pieniędzy, bo lubię dobrą jakość i piękne wykonanie. O co więc chodzi? Ano o to, że mimo posiadania czegoś, nie płaczę jeśli coś się zepsuje lub będzie nadawało już tylko do wyrzucenia. Prawdopodobnie jest Wam trudno sobie wyobrazić co ma to wspólnego z ciążą, tłumaczę. Jadąc na święta, jakimś cudem starszy pan nie zauważył nas na rondzie. Stłuczka niewielka, nikomu nic się nie stało. Wtedy sobie pomyślałam, że nie stało, ale w innych okolicznościach - na zwykłym skrzyżowaniu lub przy dużej prędkości - mogłoby. Zderzak do wymiany, kawałek pękniętej blachy to nadal tylko rzeczy martwe, które nie mają większej wartości, jeśli zestawimy je z dwojgiem (a raczej trojgiem - bo o tego trzeciego najbardziej chodzi) ludzi jadących w środku. Ot, takie małe zdarzenie pozwoliło mi jeszcze raz przypomnieć sobie, że to nie rzeczy posiadają nas. I że najważniejsze, co mam, żyje i jest obok mnie. :)
I na koniec. Nie zmiana, ale raczej wyższe stężenie refleksyjności - związane znacznie z tematem przedmiotów. Zawsze dużo rozmyślałam, ale to, co się dzieje z głową kobiety ciężarnej to prawdziwe wariactwo. Nagle czujesz, że czeka Cię, mówiąc po internetowemu, życiowy czelendż wychowania tego małego człowieczka na kogoś dobrego. I przez pół dnia zastanawiasz się nad tym, jak to zrobić, czy będziesz dobrą matką. Bardzo dużo na te tematy myślę i przypuszczam, że po porodzie ilość rozmyslań nie ulegnie zmniejszeniu.
Wiem, że są kobiety, które czas ciąży znoszą fatalnie. Jednak często te same kobiety mówią, że choć ciało i głowa podczas ciąży dały im nieźle w kość, moment narodzin potomka od razu pozwolił zapomnieć o wcześniejszym samopoczuciu. I że oczywiście je zmienił. Oczekuję z niecierpliwością, ciekawa jestem jakie jeszcze zmiany przyniesie to wszystko, co przed nami. A na pewno będzie tego sporo!




