Dzień smuta - moje sposoby na chandrę
12/03/2016Ktoś z Was zadał mi w ankiecie pytanie o to, jak podchodzę do złych emocji. To dobre pytanie, a ja wczoraj miałam najbardziej podły humor świata. Tak podły, że kiedy Małżon pojechał do supermarketu po pieluchy, wrócił z wielką, pocieszającą paczką lodów.
Nie powiem Wam, jak radzę sobie z gorszymi dniami, bo często nie radzę sobie z nimi tak, by zakończyć je z uśmiechem. Zajedzenie stresu czekoladą, obejrzenie serialu, samotny spacer w celu dodatkowego zdołowania się zwykle — a przynajmniej u mnie — daje efekt na chwilę lub znacznie pogarsza sprawę. Kiedy mamy gorszy dzień, lubimy znaleźć sobie dodatkowe defekty [żona informatyka] i z jednego niepowodzenia czy gorszego momentu utworzyć całkiem pokaźną litanię wielu niepowodzeń i wielu gorszych momentów.
Złych dni nie mam często. Zdarzają się, bo jestem kobietą, w dodatku bardzo wrażliwą, neurotyczną niemalże i potrafię płakać nad jeżem bez łapki przez pół dnia, jeśli pokaże mi się na facebookowej tablicy. Jednak moje złe dni są zwykle... bez powodu. Wstaję i rano lub w ciągu dnia nagle zaczynam czuć, że coś w środku mnie gryzie. Kiedy przychodzi zmierzyć mi się z prawdziwym problemem, dobrze wiem jak działać. Kiedy jednak mam ten zły dzień - potrafię zamartwiać się, nie do końca wiadomo nad czym. To po prostu uczucie wewnętrznego niepokoju, czasem smutku, a czasem mam wszystkiego dość.
Jeśli już dopadnie mnie chandra i ogólnie bycie na nie, robię dwie ważne dla mnie rzeczy.
Po pierwsze idę pogadać z Małżonem. Mój Mąż potrafi zaszczepić we mnie dużo spokoju i z dystansem spojrzeć na to, co mówię. Czasem w rozmowie, między słowami, wyłapuje clou całego złego dnia. Takie rozmowy wcale nie muszą dotyczyć tego, że źle się czuję. Mogą być o wszystkim, a jeśli mają — zejdą na odpowiedni tor. Bywa tak, że coś w człowieku zalega i budzi się w tym akurat momencie, tym samym psując humor.
Rozmowy są oczyszczające, szczególnie jeśli mamy dobrego słuchacza, który nas nie ocenia, ale potrafi odpowiednio nakierować. Zauważyłam, że takie pogawędki mogą zakończyć cały zły dzień, bo dochodzimy do tego, co jest problemem. A jak już napisałam — kiedy znam problem, wiem jak z nim się obchodzić.
Jeśli jednak rozmowa nie pomoże, bo bywa i tak, pozostaje mi zaakceptować taki stan rzeczy. Po prostu mam zły dzień. I mogę go mieć. Jestem człowiekiem (w dodatku kobietą!) i mogę się dziś źle czuć (nie mówię tu oczywiście o permanentnym smutku czy złości).
Uważam, że najgorsze, co można usłyszeć podczas gorszych dni to ej, uśmiechnij się, nie masz powodów do smutku! Czasem tak samo, jak nie ma powodów do smutku, tak też nie ma powodów do uśmiechu. I czasem jest nam źle... ot tak. Dzisiejsze czasy — pełne kolorowych zdjęć niby-zadowolonych ludzi i głośnych reklam — każą nam wpisywać się w schemat uśmiechniętego Jana Nowaka, a negatywne emocje uznawane są za coś złego. Tymczasem nimi nie są, bo, hej, nie jesteśmy maszynami do robienia uśmiechów.
Właśnie dlatego warto dać sobie przyzwolenie na gorsze samopoczucie i zrozumieć to, że dzisiejszy dzień nie będzie ani superświetny, ani produktywny, ani wart wspominania. Będzie prawdopodobnie zwyczajnym, szarym dniem, w którym nic się nie wydarzy (a może?), a na koniec pójdziemy spać.... i ten sen będzie ostatecznie najlepszym lekarstwem.
Gorsze dni uważam też za potrzebne, bo zwykle mnie wyciszają. Mam wtedy nastrój do rozmyślań i wykorzystuję ten czas. Mogę sobie wtedy stać przy garnku z gotującym się makaronem i patrząc w bulgoczącą wodę, myśleć o tym, co mnie gryzie. O ile oczywiście, wiem już, co to jest.
Mój wczorajszy gorszy dzień załatwiliśmy z Małżonem rozmową. Złapała nas pierwsza w nocy, ale problem rozwiązaliśmy. Okazało się, że naprawdę coś we mnie siedzi. Rano wstałam ze swoją codzienną energią i chęcią do działania, ale wczoraj naprawdę smętnie stałam nad garnkiem z makaronem i szukałam kolejnych defektów, będących daleko od sedna sprawy.
Bardzo chętnie poznam Wasze sposoby na gorszy dzień. Może u Was czekolada daje radę? ;-)


0 komentarze