W piątek, dwudziestego pierwszego lipca, wróciliśmy rano z Budapesztu i zamiast oddać się przyjemności spania (jeszcze więcej spania!) dzielnie podjęlismy kolejną, dojrzałą decyzję: kupujemy mieszkanie.
Mieszkania z rynku pierwotnego naprawdę kuszą, bo możesz sobie zrobić piękną kuchnię made for Ikea, do tego podłogi z pięknej dębowej dechy i wybrać wszystko, nawet kolor fug w łazience. Pomysł szybko spalił na panewce, bowiem ceny mieszkań w stanie deweloperskim są dziś praktycznie równe (bądź nawet wyższe!) niż mieszkań z rynku wtórnego. A do tego trzeba je wykończyć, co w przypadku młodych dorabiających się oznacza tyle, co Kredyty never ending story, czyli hipoteka i dodatkowe środki na wykończenie.
Mieszkań obejrzeliśmy... mało. Podobno taki proces szukania idealnego mieszkania trwa, ale nam udało się TO gniazdko znaleźć w miesiąc. A potem drugi miesiąc bawiliśmy się w papierkologię kredytowo-notarialną. Niemniej jednak, tak mała liczba mieszkań, które widzieliśmy, pozwala odpowiedzieć na jedno pytanie: Na co zwracać uwagę podczas zakupu mieszkania z runku wtórnego?
Lokalizacja. Może to dość oczywiste, ale mam wrażenie, że zapominają o nim przede wszystkim sprzedający, którzy za mieszkania przy najbardziej ruchliwych ulicach Krakowa, życzą sobie sumy z kosmosu. Widzieliśmy mieszkanie z uroczym widokiem na ekrany akustyczne (bajka!) albo z widokiem na eeee... wnękę w bloku. Albo z widokiem na śmietnik. Piękne, wzruszające.
Do tego my zwracaliśmy uwagę na połączenie z centrum, odległością od sklepów, przedszkoli i linii tramwajowych. I ostatecznie wylądowaliśmy i tak na końcu świata. Ale z widokiem na las! Nasz pies jest zachwycony. ;-)
Stan techniczny. Czyli wszystkie atrakcje takie jak okna, drzwi, kaloryfery... Jeśli macie możliwość, sprawdzajcie też to, czego na pierwszy rzut oka na widać. Pytajcie o wszystko - czy mieszkanie nie było zalane, czy były robione jakieś istotne zmiany w elektryce, instalacjach sanitarnych. Bo wiecie, potem wasz mąż i ojciec chodzą po kuchni i słyszysz tylko No nie ma tutaj fazy, nie ma fazy... Chodziło oczywiście o powieszenie oświetlenia. ;-)
Sprawdźcie też stan techniczny bloku.
Rozmieszczenie pomieszczeń. Jeśli wchodzisz do mieszkania od razu na sypialnię to nie jest okej. Jeśli w osiemdziesięciometrowym mieszkaniu jest dwadzieścia metrów kwadratowych przedopokoju, a siedem metrów kuchni to też nie jest okej. I jeżeli mieszkanie jest narożne i pokój jest w kształcie pięcio- czy sześciokąta to też nie jest okej.
Okej jest wtedy, kiedy jest wyraźnie oddzielona strefa spania od strefy dziennej. I kiedy na sześćdziesięciu metrach jest jedno WC, a nie dwa. Bo jak są dwa to... no cóż, nie jest okej.
Połączenia z sąsiadami. Akustyka, wentylacja, ciągi kanalizacyjne. Pamiętam naszą wynajmowaną kawalerkę w bloku z wielkiej płyty. Słyszeliśmy wtedy miłosne akty naszych sąsiadów i ich telefony komórkowe. Słychać też było odkręcaną wodę. Oczywiście studenckie imprezy w wielkiej płycie (mimo naszych starań o bycie cicho) słyszeli sąsiedzi z góry i nic nie dało się z tym zrobić. Warto podjechać przed decyzją o zakupie i porozmawiać z mieszkańcami. Oni powiedzą Wam prawdopodobnie wszystko.
Na szczęście dziś buduje się już nieco inaczej i można uniknąć nieprzyjemnych hałasów. To na plus dla nowszego budownictwa, choć słyszałam parę anegdot o rozmawianiu przez ściany, a nawet o przewiercaniu się do sąsiadów. No coż...
Wyposażenie. Nam zależało na tym, aby była zrobiona kuchnia. Oczywiście, to nie jest kuchnia moich marzeń (dlatego też toczyliśmy bój z malowaniem płytek, a teraz przyszła pora na fronty - ale o metamorfozie kuchni dużo póóóóźniej), ale pozwoliło nam to sporo zaoszczędzić. Pozostawione były też sprzęty AGD, którym nie wróżę bardzo długiego życia, ale zawsze to lepiej na starcie mieć na czym odgrzać miskę babcinej zupy. Albo pierogi.
Konieczne poprawki. Przy rynku wtórnym raczej konieczny będzie mały remont. No, chyba że kupujemy mieszkanko zrobione na tip top, ale wtedy lepiej zainwestować w stan deweloperski i wykończyć po swojemu - cenowo wyjdzie podobnie.
Warto zwrócić uwagę jak mały jest ten mały remont i jak mało funduszy pochłonie. I czasu, bo nie chodzi przecież o to, żeby ugrzęznąć w remontach na wieki. ;-) Malowanie, wymiana oświetlenia czy mocowanie karniszy/rolet to standard. Do poprawek zaliczają się też niewidoczne niespodzianki związane z elektryką czy hydrauliką. Chyba, że poprzedni właściciel naprawdę o to dbał. A to się chyba rzadko zdarza...
Możliwość zmian. To coś, co lubię najbardziej. ;-) Chcieliśmy mieszkanie, w którym widać małą ingerencję w wygląd (poza kuchnią i łazienką) i udało się znaleźć takie, gdzie mieliśmy białe ściany. Nie musieliśmy więc walczyć o to, aby jakiś wściekły kolor zakrywać. Dodatkowo zwracaliśmy uwagę na łatwość, z jaką przyjdzie nam np. wspomiana metamorfoza kuchni. Na szczęście żyjemy w czasach, kiedy wystarczy przemalować fronty i wymienić blat, żeby cieszyć się ładną kuchnią. Na wstępie przywitała też nas konieczna wymiana podłog (o czym wiedzieliśmy przed zakupem), ale ta możliwość zmiany była wręcz pożądana - mogliśmy się pozbyć panela rodem z początku XXI wieku i położyć ładne, jasne podłogi.
Wydaje mi się, że im prościej pozostawione mieszkanie, tym łatwiej będzie coś zmienić. Białe ściany, drzwi, okna - poza tym, że są dziś szalenie modne, są przede wszystkim praktyczne na starcie, bo możemy zrobić z nimi wszystko, jeśli rozmawiamy o zmianie koloru, a nawet faktury.
Ukryte kruczki i usterki. Prawdopodobnie są wszędzie, ale niektóre wychodzą wcześniej, niż nam się wydaje. W jednym mieszkaniu zrobiona była naprawdę ładna kuchnia, ale coś nie grało. Połączenie kabelków w damskiej głowie zadziałało - kuchnia była przystosowana do bardzo niskiego wzrostu pani domu. A ja byłam od niej wyższa o ponad głowę. Trochę problem.
Często też sami właściciele usiłują ukryć przed nami stan faktyczny mieszkania. Przykładowo, oglądamy i pytam czy kaloryfery są wymienione wszędzie. Słyszę odpowiedź, że tak. Po czym okazuje się, że wymieniane były tylko w pokoju dziennym. W dwóch pozostałych do starych kaloryferów dołączone w pakiecie były drewniane okna pozapychane watą. ;-)
Do kruczków dopisuję też biura nieruchomości. W Krakowie trudno o zakup mieszkania bezpośrednio od właściciela. Dobrze czytajcie umowy, bowiem prowizje, które życzą sobie te biura są horrendalne. I tu przykład: jedno z biur miało prowizję, która po przeliczeniu razy wartość mieszkania (prowizje dla biur podawane są w procentach od wartości sprzedawanej nieruchomości) wynosiła jedenaście tysięcy złotych! Pamiętam jak dziś, kiedy stanęłam na środku ulicy i nie mogłam się temu nadziwić. ;-)
... i inne atrakcje. Czyli to jak mieszkanie jest ogrzewane, czy mieści się w spółdzielni czy wspólnocie mieszkaniowej, czy nie ma bonusów w postaci grzybów i pleśni, czy okolica jest lub choć wydaje się być bezpieczna, czy/jak długo mieszkanie stało puste.
Trudno to wszystko opisać, bowiem tego, na co warto zwrócić uwagę jest naprawdę dużo. Najlepszy w tym wszystkim jest zdrowy rozsądek. To prawdopodobnie on będzie odpowiadał za to, czy po wejściu do mieszkania zechcecie w nim zostać na dłużej, czy już nigdy więcej się tam nie pokażecie. :)
Na początku i na końcu wpisu zdjęcia z widoku z okien z salonu i kuchni.








