W maju urodzi się Robaczek. Wybraliśmy imię i nazwiska. Zdecydowaliśmy jak będziemy go żywić oraz jak będziemy radzić sobie z tym, kiedy oboje będziemy walczyć w pracy czy na uczelni. Tak, dokonaliśmy wyborów - jednych z pierwszych. Bo to dopiero początek.
Weźmy przykład. Oboje z Małżonem nie jemy mięsa, więc za słuszne uważamy, aby nasze dziecko również go nie jadło. Kwestia etyki, każdy inaczej na to patrzy, wybór rodzica. Ale co ja, biedna matka wegetarianka, zrobię, jeśli Robaczek na jakimś rodzinnym spotkaniu wyciągnie łapkę po pęto kiełbasy? Wiecie co zrobię? Dam mu to pęto i spytam czy jeszcze chce do tego musztardy. :) Ot, po prostu moje decyzje w pewnym momencie będą mniej ważne od tego, co chce moje dziecko. Jeśli w przyszłości będzie chciało zajadać się soczystym stejkiem, proszę bardzo.
Robaczek będzie mógł w przyszłości zmienić imię i nazwisko, jesli nie będą mu się podobać i to będzie tylko jego wybór. Będzie mógł wybrać studia, jakie będzie chciał. I będzie mógł żyć tak, aby czuł się szczęśliwym człowiekiem. I dopiero teraz dochodzimy do clou całego wpisu.
Dlaczego ja, matka, która noszę Robaczka dziewięć miesięcy pod sercem, miałabym nie zdecydować za niego w kwestiach dotyczących wiary? To działa dokładnie tak, jak w przykładzie z mięsem - jeśli w przyszłości nie zechce być osobą wierzącą, nie będę go zmuszać. Ale dlaczego miałabym rezygnować z wpajania dziecku własnych przekonań, jeśli uważam je za słuszne? To taki sam wybór, jak każdy inny, który dotyczy kwestii delikatnych, jak etyka, religia, patrzenie na świat przez pryzmat pewnych przekonań.
Długo myślałam czy taki wpis powinien powstać, ale debata publiczna na ten temat schodzi w jakieś dziwne rejony. Ochrzczenie dziecka lub nie to wybór - wybór rodzica, bez względu na to co ostatecznie zrobią. Jeśli więc mówimy, że pozostawiamy dziecku wybór to, ech, nie do końca tak jest. Cokolwiek zrobimy - wybierzemy za dziecko. A kluczem do tego, aby małe było szczęśliwe jest szanowanie jego wyborów, które podejmie jako człowiek w odpowiednim wieku. Nie musimy się z nimi zgadzać, ale musimy je chociaż przełknąć.
I już na sam koniec. Jako niemowlę zostałam ochrzczona i, tak, pamiętam z tego jedno wielkie nic. Potem przeszłam fazę Wielkiego Bozia-Buntu, bo katechetka w szkole śmiała mówić, że mój ukochany zespół AC/DC to sataniści. A teraz jestem gdzieś w jakiejś normalnej sferze, która religię traktuje jako coś osobistego i dość rodzinnego. Moi rodzice nigdy niczego mi nie narzucali. Ale chyba byłabym na nich zdecydowanie bardziej wściekła, gdyby chcieli mieć coś do powiedzenia na temat tego, co mam studiować, z jakim człowiekiem mam być, gdzie pracować albo jak mam wychowywać swoje dziecko. Brzmi zdecydowanie gorzej, niż fakt, że ktoś tam figuruje gdzieś tam w jakiejś tam kronice kościelnej (#dramat).
Domyślam się, że temat jest nieco śliski. Jednak chętnie poznam Wasze zdanie - nawet jeśli jest całkowicie odmienne od mojego. W końcu możemy się różnić - mamy wybór. :)







































