To dziś jest ten dzień.
Nie, nie urodziłam. Dziś jest dzień, w którym spojrzałam na polską służbę zdrowia łaskawszym okiem. To jest większe szaleństwo, niż sam fakt, że niedługo będę mamą. Ale po kolei.
Jak działa leczenie na fundusz w naszym kraju to każdy wie. To jest dramat. Pamiętam, w zeszłym roku pojechałam z babcią do szpitala. Wojewódzkie miasto, duży szpital, młyn jak jasna cholera. Kolejka do recepcji to taka, jak się widzi czasem do ciężarówki Coca-Coli. A moja babcia, choć starsza, to śmiga sobie całkiem nieźle, więc usiłuje załatwić to, po co przyjechała - przyjęcie do szpitala na zabieg. Nope.
Nie ma łóżek, co to w ogole za skierowanie, pani jutro przyjedzie. To nic, że pani pod pachą trzyma Józefkę (babcia tak nazywa swoją laseczkę ;) i dojazd osiemdziesiąt kilosów to dla starszego człowieka jednak jakiś tam wysiłek jest. Prawie wyszłam z siebie i stanęłam obok. Dobrze, że mam rozgarniętą babcię. Wyjęła termos z herbatą, nalała mi i dzięki temu się zamknęłam.
Przykłady można mnożyć. Jak Małżon sobie spektakularnie wbił igłę w stopę to na SORze czekał cztery godziny, aż mu łaskawie ją wyjmą. Po zwolnienie kazali do rodzinnego jechać. Bo lekarz nie ma druczków. To wtedy akurat się trochę pośmialiśmy, jak na drugi dzień do tego rodzinnego kuśtykał po L4.
Aż przyszła kolej na mnie. Torbę do szpitala to miałam spakowaną już dawno, od trzech tygodni jeździła sobie w aucie, bo nigdy nie wiadomo, gdzie będę jak mnie złapie. A że złapać nie chciało, to po wtorkowej wizycie lekarka skierowała mnie na dziś do szpitala na testy wydolności łożyska. Polega to na tym, że przyjmują cię na oddział, dostajesz wenflonik, a do niego smakowitą oksytocynkę w niewielkiej dawce, która wywoła regularne skurcze. Których nie czujesz. Czasem się podobno zdarza, że po tych dawkach kobiety rodzą. Czasem.
No to wstaję rano, włosy związuję w cebulę i jedziemy. W pobliżu okazuje się, że nie dość, że szpital jest na ulicy Siemiradzkiego, jest on imienia Czerwiakowskiego, pełna nazwa to Szpital na Siemiradzkiego imienia Czerwiakowskiego, a wjazd i wejście do szpitala jest od ulicy jednokierunkowej - Łobzowskiej. MAGIA.
Na miejscu standard, czyli proszę czekać. Ja nienawidzę czekać. Nie mogę. Czekanie, siedzenie w miejscu to jest najgorsza kara dla mnie. A ta poczekalnia taka mała, Małżon usypia tam prawie, a ja już stękam, że obożu, daleko jeszcze? I to jest fatalne. I nie jest to wina lekarzy. To szok.
Po pierwsze, to ile ci ludzie mają do wypełnienia papierków i formularzy to zakrawa o kpinę. Dwa wywiady lekarskie, pytania w większości o to samo, milion papierów do podpisania. To jest dramat tych wszystkich drzew, które umarły w imię papieru do drukarki.
Żartuję. To jest straszne, że położne zamiast móc szybko robić swoje, muszą przez godzinę przyjmować człowieka do szpitala. I nawet, jakby chciały przyspieszyć, to nie da rady.
Poza tym, ze szpitalami to jest trochę tak jak z egzaminem na studiach. Przyjdzie jedna osoba i tak nagada, że wykładowca to burak bez serca, że potem cała grupa stoi pod drzwiami - przepraszam - posrana. Szukają w tych swoich notatkach resztek przydatnej wiedzy, a potem okazuje się, że wykładowca to normalny facet, który poważnie podchodzi do przedmiotu, który wykłada. I wymaga szacunku do siebie i swojej pracy. Ulewa zwykle tych, którzy na ustny egzamin przychodzą w zielonej koszuli w fioletowe kropki. Potwierdzone info, może Wam sie przyda.
Ile to ja czytałam w internetach o tym, jak to jest fatalnie w tym czy tamtym szpitalu. Gdzieś może jest, może dobrze trafiłam. A może po prostu poszłam do tego szpitala i rozmawiałam z tymi ludźmi jak... z ludźmi. Jak z normlanymi kobietami, które wykonują swoją pracę. Ja byłam miłą, kulturalną pacjentką to mnie położne traktowały tak samo, a nie jak nadętą lalę. Tak mi się wydaje.
Naprawdę, wierzcie lub nie, dawno nie spotkałam się z taką ilością ludzkiej życzliwości. I pomijam fakt, że warunki porodówki pamiętają czasy PRL-u, mają tam stylowe płyteczki na ścianach w modnym kolorze pasty do zębów. Z sufitu patrzyła się na mnie wielka lampa, co jak ją zobaczyłam to myślę, że nie no, Czarnobyl. A o Czarnobylu trochę się naoglądałam, stąd to porównanie.
Ale ludzie byli normalni. Normalni. Normalne kobiety, które żartują, rozmawiają, sa pomocne i wiedzą, że baba w ciąży potrzebuje podanej dłoni, żeby na tym wysokim, szpitalnym łóżku usiąść.
Są jeszcze praktykantki. Młode dziewczyny, na pierwszym roku rzucili je na porodówkę (I BARDZO DOBRZE) i te młode kobiety uczą się wszystkiego. Przez dłuższy czas rozmawiałam z jedną dziewczyną i okazuje się, że nie każda kobieta sobie takiej praktykantki przy sobie życzy. To znaczy kobieta w bólach rodzi, na około położna, lekarz, może ktoś tam jeszcze, a jej robi różnicę jedna kobieta więcej.
Ludzie, przecież te dziewczyny - skoro mają być położnymi - to się muszą na kimś tego nauczyć. Jak się nie nauczy na organizmie żywym, to z tych wszystkich podręczników medycznych może zrobić sobie jedno. Ognisko. Podejrzewam, że całkiem sporych rozmiarów.
I dlaczego na służbę zdrowia spojrzałam łaskawiej? Bo to - jeszcze raz - normalni, kulturalni ludzie. Bo to ludzie, którym jakiś baran zlecił drukowanie niezliczonej liczby papierków. Bo można pracować i nie być beznadziejnie pretensjonalną babą z przychodni, która tylko wypisuje recepty na ten sam antybiotyk dla każdego pacjenta (takich to trzeba od razu zwalniać). Można być człowiekiem, tak po prostu.
A że szpitalowi przydałby się mały remont... No pewnie by się przydał. Dopóki jednak traktują tam kobiety jak ludzi, można wybaczyć nawet lampę rodem z Prypeci albo innego, opuszczonego szpitala.
Mam nadzieję, że polskie porodówki się zmieniają, że kobiety rodzą i czują się tam najmniej skrępowane jak tylko się da. Ja po dzisiejszym dniu całkiem optymistycznie patrzę na temat porodu, bo wiem, że dostanę tam dobrą opiekę.
I wegetariański obiad! A już myślałam, że Małżon będzie musiał mnie tam zaprowiantować.





