Tęsknię bardzo do wpisów z serii Pieskie życie. Ostatnio do Jamników Niczyich zgłosiła się kobieta, która tymczasowo zaopiekowała się znalezionym jamnikiem i szukała mu stałego domu. Patrzyłam się na jego zdjęcia i serce mi topniało, ale i do psów muszę mieć resztki zdrowego rozsądku. Inaczej Jama - bo tak został w domu tymczasowym nazwany - byłby naszym jamniczym pupilem. Wiem jednak, że teraz czeka mnie inny obowiązek. Robaczek podrośnie i nasz dom znowu będzie psiootwarty.
Pod koniec września minie trzy lata, jak działam (a raczej działamy, bo Małżon został do tego przeze mnie szybko wciągnięty) w fundacji. Dlaczego, co mi to dało, jak pogodzić życie osobiste z pracą wolontariusza i jak to się w ogóle stało, że zaczęliśmy pomagać - dziś o tym. Na ożywienie pieskiego życia na blogu.
Zawsze chciałam pomagać. Myślę, że takie chęci ma wielu z nas - i jeśli te chęci przekładamy na jakiekolwiek działanie (nawet kupienie Panu Żulowi bułki pod sklepem) to jest świetnie. Pamiętam bardzo dobrze moje pierwsze podejście do zorganizowanej formy pomocy. Kiedy byłam w pierwszej klasie liceum, poszukiwani byli wolontariusze do hospicjum pod moim rodzinnym miastem. Zgłosiłam się, pojechałam na pierwsze, organizacyjne spotkanie. Pierwsza jego część była teoretyczna, druga polegała na oprowadzeniu po hospicjum. Do domu wróciłam w kawałkach, resztę dnia przebeczałam i do hospicjum nigdy więcej nie wróciłam. Nie dlatego, że nie chciałam - po prostu czułam, że nie dam sobie z tym rady. Do dziś podziwiam osoby, które mają tyle siły, aby pomagać ludziom podczas ich ostatniej drogi. Jako dorosła kobieta chyba nadal nie umiałabym robić tego bez łez w oczach.
Po temacie hospicjum na bardzo długi czas zapomniałam o tym, że chciałabym robić coś więcej. Skupiłam się mocno na sobie, co ostatecznie wyszło mi bokiem. :) Nie wchodząc w szczegóły - zaliczyłam długiego, wakacyjnego smuta. Boże, taka biedna ja. I wtedy pomyślałam, że raźniej żyłoby nam się z psem. A psa brakowało mi bardzo w moim krakowskim, studenckim życiu.
Pamiętam jak dziś, napisałam do Jamników Niczyich w sprawie adopcji Faraona (tu więcej zdjęć psiaka) i zostałam sprowadzona na ziemię. Studenci, bez dochodów, w studenckim mieszkaniu - dziś rozumiem, że do takich warunków można adoptować co najwyżej misia pluszowego. :)
Chwilę później Jamniki ogłosiły poszukiwania domu tymczasowego na miesiąc dla psa z Krakowa. Pomyslałam, dam mu ten tymczas, jeśli tylko fundacja się zgodzi. Zgodzili się. A do nas przyjechał nikt inny, jak Faraon, którego kilka dni wcześniej chciałam adoptować. I tak się zaczęło.
Zainteresowanych dalszym losem Faraona: pies wrócił do właścicielki. Do schroniska trafił przez zawirowania życiowe kobiety, kiedy ona była za granicą. Kiedy wróciła, od razu zaczęła szukać psa. A Faraon naprawdę nazywał się Agat. :)
I tak, nagle okazało się, że mamy obowiązek. Papu, do papu leki, do weterynarza autobusem, na spacer o świcie, a kupkę w woreczek - nie ma, że fuj. Faraon psia bida, żebra można mu było łatwo policzyć, łapy krzywe. Gdzieś nagle, kilkanaście dni po tym, jak do nas trafił, trzeba było pojechać do krakowskiego schroniska po suczkę. W schronisku wciskają mi sunię, waga cztery kilo, najmniejsza obroża na nią za duża. I tylko patrzy wielkimi oczami. W domu zalicza toaletę na parkiecie i chowa się w swetrze Tomka. Dziś Broszka ma wspaniały dom. A ja po każdej takiej akcji siedziałam i potrafiłam popłakać nad psem. Potem sobie jeszcze dołożyć filmami z Hope for Paws.
Obowiązek oraz to, że nagle dotarło do mnie ile jest potrzebujących (nie tylko zwierząt) postawiło mnie do pionu od razu. Dość szybko odżyłam, poczułam się potrzebna. To poczucie, że ktoś cię potrzebuje jest cholernie mocną siłą napędową. Powtarzam to dość często, bo myślę, że obowiązki - nawet te przyjemne - pozwalają nam zachować jakąś życiową równowagę. Nie wpaść we wspomnianego smuta, chorą euforię czy coś, co będzie nas niszczyło. Po prostu - złoty środek dla głowy. Czasem myślę sobie, że jamniki sprowadziły mnie do parteru i tym samym uratowały we mnie jakąś życiową "normalność".
Czy do pracy w fundacji potrzeba dużo czasu? Tak i nie. Na pewno jakiegoś czasu potrzeba. To jest Twój czas za który nikt Ci nie zapłaci (chyba że w uśmiechu tego, komu pomagasz). Czasem to czas, kiedy możesz w sobotę w końcu pospać do południa, a rano dostajesz telefon, że trzeba ze schroniska zabrać psa.
Z drugiej strony, jeśli jest to rodzaj jakiejś życiowej pasji (czy też misji) nie ma poczucia, że ten czas się traci. Tak samo jak w mój codzienny grafik lubię sobie wcisnąć siłownię, tak mogę znaleźć czas na spacer z psem. Albo robienie czegoś, do czego pies nie jest mi potrzebny. Często fundacjom brakuje ludzi do kuchni, czyli do pomocy w zarządzaniu stronami internetowymi, dzwonieniu, załatwianiu różnych rzeczy - często zdalnie.
Obecnie psiaka nie mamy. Małżon administruje stroną Jamników, ja z kolei zajmuję się Klubem Jamników. Czasem zdarzy się jakaś inna praca. Jakoś tak... ciągle nam się chce.
Zabawę w wolontariusza poleciłabym każdemu. Może szczególnie tym, którzy chcą poczuć się potrzebni, może tym, którym brakuje jakiegoś większego sensu w codziennym wstawaniu, jedzeniu, spaniu i tak w kółko. To brzmi maksymalnie patetycznie, ale takich ludzi jest wielu. Niestety.
Po raz pierwszy mam problem z zakończeniem tekstu - mogłabym Wam tu opisać całą moją historię, która związana jest z psiakami. Trochę ich było, każdy był inny. Po każdym zostawała w domu taka charakterystyczna cisza i satysfakcja, że i tym razem sie udało. W sumie to udało się nawet wtedy, kiedy musieliśmy pożegnać naszego psiego przyjaciela, Jerrego. Był u nas prawie dwa lata i kiedy przyszedł jego czas, wiedziałam, że zrobiliśmy wszystko, żeby na koniec życia był wesołym, kochanym psiakiem. Obecnie rzadko płaczę nad bezdomnymi psami - za dużo widziałam, człowiek się hartuje, uodparnia, zaczyna działać. Po Jerrym miałam kilka dni wyjętych z życiorysu. To była najsmutniejsza rzecz, jaka mnie spotkała podczas ciąży, która jest dla mnie niezwykle wesołym czasem.
To już na koniec. Wiecie co jest takiego fajnego (to kolejne słowo, którego nie lubię, ale tu wyjątkowo mi pasuje) w pracy wolontariusza? Że, parafrazując klasyka, nie muszem, ale chcem.
Na zdjęciu do wpisu ja i Bąbel. To było spotkanie zapoznawcze z psami przed akcją adopcyjną Dog Rescue, w której brałam udział we wrześniu 2015. Bąbello to taki pies, którego wtedy miałam ochotę zabrać do domu. Grube, urocze psisko. Ale nie mogłam zrobić tego Jerremu. :)




































