Najpiękniejsze historie naszego dzieciństwa
5/01/2016
U moich dziadków rosła kiedyś jabłoń. Drzewko średnio duże, z jedną wielką gałęzią, na której lubiłam siedzieć. Dziadzio podstawiał drewniany pal pod tę gałąź, bo mogłaby się złamać. Pod jabłonką biegał pies, jamnikowaty Smakuś, którego za szczeniaka nosiłam w koszyczku z czerwoną wstążką. Jabłonki już nie ma. Smakusia też.
Przed wyjazdem na drugi rok studiów rozbeczałam się jak dziecko, kiedy Babcia postawiła przede mną świeże pierogi. Takie ledwo co wyjęte z gara, jeszcze obficie parujące, gorące, polane tłuszczem z cebulką. Takie same pierogi, jakie znam z dzieciństwa. Jakby mnie się wtedy Babcia spytała, czy mi do tych pierogów obrać ze skórki ogórka kiszonego i pokroić w kostkę, to bym powiedziała, że tak. Jak byłam mała, do kotleta zawsze był ogórek w takiej formie. I tak, wiem, że ogórki kiszone nie pasują do pierogów. Ale wtedy by pasowały, wiecie dlaczego.
Ostatnio ja i Małżon mamy zryw na wiosenne wycieczki. Nie ma ich dużo, ale terenów do zwiedzania w okolicach Krakowa jest mnóstwo. Okazuje się, że bardzo blisko mamy do tych wszystkich miejsc, które razem z Babcią zaliczyłam na pielgrzymkach, na które mnie zabierała. Jak się cały autokar modlił to nagle robiłam się taka zmęczona, ale jak się różaniec kończył to czekałam, aż mi Babcia da jeść. A Babcia zawsze miała cały kosz jedzenia.
Z Krakowa mamy też blisko tam, gdzie jeździłam na wakacje z rodzicami i, spytajcie Małżona, opowiadam mu dużo i czesto o tych miejscach i o tym, jak bardzo chcę je znowu zobaczyć.
Przed wyjazdem na drugi rok studiów rozbeczałam się jak dziecko, kiedy Babcia postawiła przede mną świeże pierogi. Takie ledwo co wyjęte z gara, jeszcze obficie parujące, gorące, polane tłuszczem z cebulką. Takie same pierogi, jakie znam z dzieciństwa. Jakby mnie się wtedy Babcia spytała, czy mi do tych pierogów obrać ze skórki ogórka kiszonego i pokroić w kostkę, to bym powiedziała, że tak. Jak byłam mała, do kotleta zawsze był ogórek w takiej formie. I tak, wiem, że ogórki kiszone nie pasują do pierogów. Ale wtedy by pasowały, wiecie dlaczego.
Ostatnio ja i Małżon mamy zryw na wiosenne wycieczki. Nie ma ich dużo, ale terenów do zwiedzania w okolicach Krakowa jest mnóstwo. Okazuje się, że bardzo blisko mamy do tych wszystkich miejsc, które razem z Babcią zaliczyłam na pielgrzymkach, na które mnie zabierała. Jak się cały autokar modlił to nagle robiłam się taka zmęczona, ale jak się różaniec kończył to czekałam, aż mi Babcia da jeść. A Babcia zawsze miała cały kosz jedzenia.
Z Krakowa mamy też blisko tam, gdzie jeździłam na wakacje z rodzicami i, spytajcie Małżona, opowiadam mu dużo i czesto o tych miejscach i o tym, jak bardzo chcę je znowu zobaczyć.
Dziadzio miał zielonego Poloneza. Taka fura, że się w niej człowiek czuł jak król świata. Polonez miał taką blokadę, którą się zakładało na skrzynię biegów. Ale żeby ją założyć, trzeba było wrzucić odpowiedni bieg. A ja byłam takim radosnym dzieckiem, że Dziadziowi tego Poloneza zabezpieczyłam tą blokadą na złym biegu. Nie był szczęśliwy. Ja byłam.
Jak chodziłam do przedszkola, Mama i Babcia stroiły mnie w sukienki i lakierki. Babcia kupowała mi na każde lato nową kieckę, a Mama - nowe, błyszczące buty. Zadawałam szyku na mieście. Z kolei w wakacje niewiele miałam z tym szykiem wspólnego. Biegałam z rodzicami po plaży nad jeziorem, a Tato wystrugał dla mnie z drewna miecz. Kto miał miecz, ten miał władzę, moi drodzy.
Oglądałam bajki. Krecik, Wilk i zając, Reksio. Najlepszy był Tom&Jerry, a disneyowskiego Herkulesa oglądam z tą samą ekscytacją i dziś.
Chociaż dziś jestem już dużo, dużo starsza.
Ale takich historii jest wiele. Takich wspomnień, niezniszczalnych pamiątek, które dostajemy od naszych najbliższych. Często całkiem nieświadomie, w biegu wydarzeń albo rzeczy codziennych, ot pierogi, polonez, sukienki.
Zaraz będę mamą. I mam nadzieję, że Robaczek radośnie będzie kiedyś wspominał najpiękniejsze historie swojego dzieciństwa.
A Wy? Pamiętacie swoje?


0 komentarze