W przedostatni dzień stycznia łapcie małe podsumowanie z ulubieńcami miesiąca. Ten popularny rodzaj wpisów na innych blogach jest przeze mnie bardzo lubiany - już nie jeden raz znalazłam tam coś, na co naprawdę warto zwrócić uwagę. Oto kilka moich typów.
Jedynym plusem autoplaylisty na YouTube jest to, że czasami włącza mi jakieś ciekawe utwory. Tak było z Meet Me In The Woods, a potem z całym albumem Strange Trails. Lord Huron nie jest jakimś specjalnie nowym zespołem, ale nigdy wcześniej nie udało mi się na nich trafić. Album Strange Trails idealnie pasuje mi do klimatu zimy. Po prostu sobie gra, za oknem las i dużo śniegu, a ja siedzę w domu zadowolona, że mam wystarczająco dużo mleka, aby zrobić sobie kolejne kakao. ;-) Podobnym zimowym albumem był dla mnie w 2014 roku Animal Joy Shearwater. Też polecam.
Większość czasu, który spędzam przeglądając Instagram, wykorzystuję na obejrzenie kolejnych psich profili. Szczególnie rozczulają mnie te, które pokazują niekoniecznie piękne i rasowe psiaki. Jednym z nich jest galeria zdjeć Milesa - mileslovessmiles, suczki Rosie - overnightunderbite oraz Daisy - underbiteunite. Wszystkie te psy, oprócz charakterystycznie wystającej dolnej szczęki, mają wzruszające historie, z którymi warto się zapoznać. To przykłady psów, które mimo wielu dysfunkcji mają dziś wspaniałe, kochające domy. A o to przecież chodzi. :) Poniżej kilka zdjęć, są podlinkowane do profili na Instagramie.
Drugą psią rzeczą jest ten filmik. Historia psa Kalu, któremu mało kto dałby szansę przeżyć. Warto zobaczyć - choć drastyczna (tak, ostrzegam!) to piękna, wzruszająca do łez historia. Ja zawsze takie filmiki oglądam z wyłączonym dźwiękiem - jakimś sposobem zmniejsza potok wylanych łez. ;) No i obraz radosnego, zdrowego psa na samym końcu, piękne!
Dawno temu na rynku dostępna była mgiełka do ciała o zapachu róży. W niewyjaśnionych okolicznościach producent zaprzestał produkcji tejże i długo szukałam czegoś, co będzie pachniało dokładnie tak samo - po prostu różą, bez zbędnych dodatków. Udało mi się znaleźć - taki zapach ma dziś Chloé, a perfumy nazywają się po prostu Roses de Chloé. Są cudowne i pachną mi rokiem 2008. ;-)
Planerdot to planner na 2016 rok, który zaspokaja moje potrzeby notowania i wypełniania tabelek. Ma nawet specjalne strony na comiesięczne wpisywania kwot rachnków do zapłacenia (#perfekcyjnaksięgowategodomu). Poza tym jest tak infantylnie ładny.
I na koniec ulubieniec mojego życia - olej kokosowy. Oprócz tego, że pyszne są omlety smażone na nim oraz kochają go moje włosy, teraz pokochał go mój ciążowy brzuch. Żaden balsam nie daje rady tak świetnie nawilżyć naciągniętej skóry jak ten olej. Lubi go też Jerry, więc muszę go przed nim chować. Tak, Jerry to jamnik wszystkożerny. ;-)
Aż dziwne, ale w tym miesiącu nie było żadnej książki, którą chciałabym polecić. Za miesiąc z pewnością się to zmieni! A tymczasem niesamowicie cieszę się, że zaraz już luty - w Krakowie w połowie lutego zwykle można znaleźć pierwsze oznaki wiosny. A przynajmniej przerzucić się na niego lżejszy płaszcz!
Dajcie znać w komentarzach co umilało Wam styczeń!









































