Czyli dlaczego naprawdę się cieszę z rzeczy, które można teraz kupić w sieciówkach.
Kiedy w gimnazjum rodzice kupili mi glany, byłam najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. W końcu miałam obuwie nie tyle niezniszczalne, ile naprawdę hmm... metalowe. Wiecie. Glany, ćwieki i koszulki z zespołami. Przeszło mi mniej więcej na przełomie gimnazjum i liceum. I przeszło mi po to, żeby przerzucić się na tuniczkowe fartuszki i w zasadzie nie było to nic szczególnego.
Dawno, naprawdę dawno temu, zastanawiałam się nad definicją swojego stylu. Wydawało mi się, że trzeba wyglądać tak bardzo, mocno i silnie oryginalnie, żeby całemu światu wykrzyczeć - patrzcie, ja tu jestem. Moje zdanie dodatkowo utwierdzały modowe blogi, na których pokazywany ubiór był co najmniej inny, a czasami wręcz szalony, różne artykuły w internecie czy po prostu to, że cały czas szukałam swojego ja, które konsekwentnie będzie ubierane w takie, a nie inne szmatki.
Obok tego wszystkiego, powstawały - i na szczęście wciąż powstają - blogi i strony, poświęcone świadomej modzie, która zakłada, że należy ubierać to, w czym czujemy się dobrze, a bieżące trendy warte są wykorzystania tylko po części. Bo ubrani od stóp do głów w nową kolekcję sieciówki, sprawi, że będziemy wyglądać po prostu jak manekiny z wystawy.
W moim przypadku, ten drugi nurt okazał się strzałem w dziesiątkę. I odkąd zaczęłam kupować tylko te rzeczy, które współgrają z resztą szafy i tylko te, które naprawdę mi się podobają - znalazłam w tym współny mianownik, który nazywam stylem indiańsko-kowbojskim.
Odkąd w sieciówkach można znaleźć różnego rodzaju haftowane rzeczy, z przeszyciami, wzorami i frędzlami - nie mam problemu z kompletowaniem swojej garderoby w świadomy sposób. Cieszę się z każdej kupionej rzeczy, bo po prostu wiem, że założę ją więcej niż raz, a potem nie zginie w odmętach szafy.
I dlatego też dziś postanowiłam zrobić pierwszy, porządny wpis z kategorii MODA&URODA i pokazać Wam rzeczy, które są jednymi z moich ulubionych w mojej szafie, a jednocześnie stanowią bazę kowboja. Często połączone razem stanowią dla mnie zestaw bardzo awaryjny.
Kurtkę nazywam moim zakupem życia. Dorwałam ją na przecenie w Zarze w zeszłym roku. Zwykle omijałam ten sklep, bo trzycyfrowe ceny za bluzeczkę przyprawiały mnie o palpitacje serca, ale wtedy coś mnie podkusiło. Po przecenie z 499 kosztowała 199, przez co przestała być towarem aż tak niedostepnym. I właściwie od tamtego czasu bacznie śledzę wyprzedaże w Zarze. Choćby po to, żeby tak jak ostatnio, móc kupić spodnie przecenione z 199 na 29. :)
Czarne, skórzane sztyblety były czymś, czego szukałam naprawdę długo. Miały nie mieć żadnych zamków ani klamerek. Zrobiłam to, co wiele osób - kupiłam je w sklepie jeździeckim Horse House. Zdaje się, że model, który mam ja jest wciąż dostępny i możecie zobaczyć go tutaj.
Buty i kurtkę kupiłam jeszcze zanim zdecydowałam się na wegetarianizm, ale kocham je miłością tak bezgraniczną, że nie umiem ich tak po prostu komuś oddać. Zdecydowałam, że nie będę kupować skórzanych wyrobów, ale mam ogromny dylemat jeśli chodzi o buty. W takich jak te czarne potrafię chodzić cały rok. Wyobraźcie sobie lato, upał i botki z ekoskóry. Tragedia.
Spodnie i koszulka to kolejne dwie rzeczy, z grupy nie kupuję po cenie regularnej.W dodatku spodnie dostałam jako rekompensatę za to, że jestem życiową niezdarą i prawie straciłam życie po tym, jak zjechałam na rolkach z góry. Tak, moje czarne jeansy ucierpiały, a mój ukochany postanowił mnie udobruchać i wybrałam sobie własnie te. Przeszły chyba długą drogę, bo znalazłam je w outlecie Mango w Factory Outlet w Modlniczce pod Krakowem.
Te rzeczy lubię chyba najbardziej. Plecak i kapelusz to rzeczy, które oprócz ich niekwestionowanych walorów estetycznych i użytkowych, mają lat więcej ode mnie i myślę, że spokojnie można powiedzieć, że to jedne z ładniejszych rzeczy vintage w mojej szafie. Do dziś dziękuję mojej Mamie, że nie pozbywała się kiedyś każdej rzeczy, której nie nosiła. Kapelusz mogliście zobaczyć na zdjęciu w poście o Paryżu, a plecak w tym roku był ze mną nad polskim morzem i spisał się idealnie. No, może poza tym, że w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął mi grzebień. ;-)
To tylko kilka rzeczy, które naprawdę lubię. Należę do osób, które bardzo lubią łączyć rzeczy nowe ze starymi. Jeśli przy tym te nowe są w naprawdę rozsądnej cenie i w dobrej jakości - nie mam oporów, by je kupić. A Wy? Jakie rzeczy lubicie i jakim systemem posługujecie się podczas zakupów?













