Odczarować banał, czyli rzecz o przysiędze małżeńskiej
4/09/2016
Z przysięgą małżeńską jest tak samo jak z samym faktem pobrania się. Ślub to tylko papier, a przysięga małżeńska to dwa (w sumie trzy) zdania. W urzędzie chyba mniej. Wszystko to jest w sumie tak oklepane, oczywiste i w zasadzie niepotrzebne, że szokiem jest, że ludzie jednak nadal się pobierają. Dla papierka. I dla dwóch zdań wypowiedzianych na głos. W czym tkwi haczyk?
Po co właściwie mówić drugiej osobie, że się ją będzie kochało i że się jej nie opuści aż do śmierci? Jeśli popatrzeć na to z perspektywy długoletniego związku, faktycznie może brzmieć to jak banał. Tak, takie coś można sobie obiecać i nad Morskim Okiem podczas karmienia tamtejszych kaczek albo pod parasolkami na Rynku w Krakowie. Problem jest tylko w tym, że wtedy nie ma jednego.
Obrządka.
A my, ludzie prości, prowadzący nudne życie, potrzebujemy obrządków, rytuałów i ceremonii. I nie ma w tym nic złego.
Gdzieś tam w środku budzi się we mnie jakiś mały bunt przeciwko traktowaniu całego tego zamieszania tylko jako tradycji, która sprawi, że babcia zaleje się łzami, a potem w podziękowaniu za to, że panna młoda tak pięknie wyglądała, pobiegnie i odklepie dziesiątek różańca. Bo kojarzycie ludzi, którzy - jeśli już weszliśmy w tematy sakralne - w pewnym momencie chodzą do kościoła dla samego chodzenia? No to ze złożeniem przysięgi małżeńskiej może być tak samo. Można ją sobie powiedzieć dla samego powtórzenia. A można nie. Można inaczej.
Kiedy przygotowywaliśmy się z Małżonem do ślubu, od razu założyliśmy, że przysięgi nauczymy się na pamięć. Po prostu tak jak w podstawówce na polskim człowiek wkuwał te linijki wierszyków, tak my nauczymy się tych trzech zdań i w ostateczności, w najgorszym przypadku powiemy sobie coś w stylu że Cię nie dopuszczę aż do śmierci. Jakoś tak wydawało nam się, że będzie to jeden ze sposobów na zrozumienie tych słów. I na sprawienie, żeby nie były takie oczywiste. Rozumiecie, żeby to nie wyglądało tak, że ja za księdzem będę powtarzała to, co obiecuję mojemu przyszłemu. Co mi ksiądz, proszę księdza, będzie mówił.
Oczywiście, można powiedzieć, że i tak wykuliśmy na blachę, a potem wyrecytowaliśmy na sześć z buźką. Ale nie. Na szczęście nie. To znaczy wydaje mi się, że nie na tyle, na ile pamiętam.
Pamiętam, że to, co nas różniło było to własne tempo. Nie to znudzone, ale takie, które pozwoliło nam do siebie mówić, zrobić pauzę tam, gdzie każde z nas uważa za słuszne. Trochę odczarować banał, który pojawia się w momencie, kiedy ksiądz czy urzędnik znudzonym głosem mówi nam co mamy mówić, a my mówimy to tym samym znudzonym głosem. I w efekcie nie mówimy do tego, komu ślubujemy, ale do prowadzącego ceremonię. I patrzymy temu prowadzącemu głęboko w oczy.
Dramat.
A jednak tak wiele osób o tym zapomina. I mówią sobie z duchownym tę przysięgę. Ksiądz szepcze Anno, a pan młody do księdza Anno... Pięknie, wzruszająco, matka płacze, babka płacze, wszyscy goście poruszeni. Anna stoi i się patrzy na to, jak ukochany powtarza sobie z księdzem.
Anna to by pewnie chciała, żeby on popatrzył jej w oczy i powiedział, że jej nie opuści aż do śmierci tak, że to spojrzenie w połączeniu z tymi słowami sprawią, że jej przejdą takie ciary po plecach, że te ciary nie opuszczą jej aż do śmierci i będą z nią za każdym razem, kiedy na siebie spojrzą.
Dlatego, przyszły mężu Anny i przyszła żono Anno - nawet jeśli na imię Ci Petronela Kunengunda - to są trzy zdania, podczas których się w tych oczach warto zatracić. W połączeniu ze słowami będzie ślubna mieszanka wybuchowa.
I jest jeszcze jeden trik na sprawienie, żeby ta przysięga była taka ważna. Mały update (jestem żoną programisty, wybaczcie :). Taka aktualizacja tych słów, ale w Waszym wydaniu. I niekoniecznie zaraz trzeba biegać po kościołach i pytać gdzie się zgodzą na wypowiedzenie kilku dodatkowych zdań (choć można i podziwiam). Od siebie proponuję odręcznie napisane listy, które w dobie messengera będą czymś niespotykanym.
Po prostu rano w dniu ślubu warto znaleźć chwilę na przeczytanie kilku(nastu) słów od tej drugiej osoby. Wtedy od razu wiadomo, że to wszystko jest zaklęte i wypowiedziane gdzieś pomiędzy standardowym miłość-i-wierność.
A z resztą. Napiszcie sobie takie listy nawet, jeśli do ślubu Wam daleko. Zobaczycie ile jest rzeczy, których czasem nie umiemy powiedzieć głośno.

0 komentarze