Imię dla dziecka? Najpiękniejsze!
4/13/2016Pisałam Wam już, że wybraliśmy imię? Pisałam! Ale na razie to tajemnica poliszynela, bo przecież zawsze może się odmienić. Pewnie się to nie stanie, bo z łatwością gadam już całkiem imiennie z brzuchem, a ostatnio sobie pomyślałam, że lepiej wybrać nie mogliśmy (#skromna).
Podczas kilku burz mózgów mieliśmy wybrane parę imion, wokół których wszystko się kręciło. Było ich, z tego co pamiętam, około dziesięciu i kilka z nich odpadło bardzo szybko. A odpadło, bo pierwszym z kryteriów wyboru była umiarkowana popularność. Umiarkowana, to znaczy taka, która nie sprawi, że w klasie będzie dziesięciu Tomków, ale nie będziemy też drzeć szat, jeśli okaże się, że tak samo nazywa się syn sąsiadów. Ot, imię ma być średnio lub mało popularne.
Dość długo trzymał się pomysł nadania dwóch imion, ale i on ostatnio poległ w bojach. Nowym czytelnikom zdradzam, że nasze dziecko będzie miało dwa nazwiska, więc nadawanie dwóch imion utworzyłoby całkiem ładnego tasiemca. Niechże chłopak ma trochę spokoju, chociaż w temacie imienia. Drugie imiona planowaliśmy nadawać po naszych rodzicach i nadal uważam, że to bardzo fajna idea.
Trzecie kryterium wyboru, czyli neutralność lub pozytywne skojarzenia. Bo nie wyobrażam sobie nazwać dziecka imieniem takim, jakie mi się źle kojarzy. I z tego, co wiem, nie jestem w takim przekonaniu sama.
I ostatni filtr, już raczej typowo mój, czyli moje zamiłowanie do imion z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku (o moich młodopolskich planach mogliście przeczytać tutaj :). Nie było to jednak kryterium jedyne i ostateczne, po prostu takich imion siłą rzeczy pojawiało się najwięcej. I uspokajam: mimo całej mojej wielkiej miłości do Kazimierza Przerwy-Tetmajera, nie nazwiemy dziecka Kazio. Poza tym to imię zaklepane jest już przez kota naszej koleżanki, więc nie jest takie znowu neutralne. ;-)
(Pozdrawiam Kazika!)
Przede wszystkim - nie istnieje. To znaczy istnieje, ale zasięg jego piękności kończy się tam, gdzie rodzice malucha. Ewentualnie dziadkowie. Ewentualnie ci, którzy nazwali dziecko tak samo. I warto o tym pamiętać, bo zawsze znajdzie się ciotka klotka, która będzie chciała wybrać lepiej. Wtedy najlepiej życzyć powodzenia w nazywaniu swoich pociech, po prostu.
Ludzie bowiem potrafią obrzydzić nam niemal wszystko, jeśli tylko pozwolimy im na zbyt śmiałe wyrażanie swoich opinii. Tak, nie ma nic złego w powiedzeniu swojego zdania, ale są pewne dość bolesne sądy i porównania, które mogą nieźle zaboleć - mama mnie uczyła, że umiejętność ich niewypowiedzenia nazywa się po prostu taktem. ;) Pamiętam jedną sytuację, która częściowo tu pasuje. Lat temu kilka, kiedy nie w głowie były mi ani ślub, ani dzieci, ani tym bardziej serio-dorosłe-życie, prowadziłam bardzo luźną pogawędkę na temat imion, które nam się podobają. I takim sposobem, Jan Tadeusz - połączenie, które jakoś bardzo mi odpowiadało - zostało przyrównane do Pana Tadeusza. Mickiewicz byłby szczęśliwy, ja po tym już mniej. Dziś się oczywiście z tego śmieję, bo to ten przykład pasuje tu tylko cześciowo - nie jest odpowiednikiem złośliwej uwagi zrzędliwej cioteczki. Ale tak czy inaczej, to zestawienie zostało mi wybite z głowy raz a dobrze. W sumie szkoda.
Najpiękniejsze imię wcale nie musi być najbardziej na świecie oryginalne.
Mam tę przyjemność noszenia dość rzadko nadawanego imienia i bardzo mnie to cieszy. To prawdopodobnie dlatego chcę, aby i moje dziecko spotykało na swojej drodze swojego imiennika raczej nieczęsto. Istnieje jednak pula naprawdę, naprawdę ładnych imion, które nosi obecnie coktóreś dziecko. Albo dorosły, sami wiecie.
Dlatego też poniekąd cieszy mnie moda na babciowo-dziadkowe imiona, która właśnie powróciła. Pokolenie naszych dzieci będzie nazywało się naprawdę ładnie - oczywiście w moim odczuciu.
Na początku byliśmy zupełnie nieświadomi tego, jak teraz najczęsciej nazywa się dzieci, dlatego też pierwszymi imionami, w które celowaliśmy były Franciszek lub Stanisław. Potem dowiedzieliśmy się, że to obecnie hity hitów i zrezygnowaliśmy. Rodzicom, którzy na takowe się zdecydowali gratuluję, a my szukaliśmy dalej i... szybko znaleźliśmy.
Znaleźliśmy, ale nie w naszej pierwotnej puli najładniejszych imion. Mnie kojarzy się bardzo pozytywnie, choć na drodze nigdy nie stanął mi żaden jegomość o takim imieniu. ;-) A czy mieści się w moim młodopolskim filtrze? Poniekąd tak, choć to duże nadużycie tematu.
Jeśli chcecie wiedzieć, jak Robaczek będzie się nazywał - zaglądajcie na bloga. Po porodzie dam Wam oczywiście znać. A samego porodu już dośc intensywnie wypatruję. Choć to dopiero trzydziesty szósty tydzień, mam wrażenie, że mój syn ma ochotę zmienić kopanie mnie w żebra na stanie się właścicielem prywatnej mleczarni. ;-)


0 komentarze