Budapeszt. Kąpieliska, metro i inne atrakcje
2/06/2016Jeszcze na kilka dni po ślubie nie wiedzieliśmy gdzie pojedziemy na poślubne wakacje. Przez chwilę myśleliśmy o jakimś ol-inkluziw, ale ostatniecznie zgodnie stwierdziliśmy, że to nie w naszym stylu. Do tego ostatnimi czasy boję się latać, więc pozostało nam do wyboru jechać tam, gdzie dostać się można drogą lądową.
Od lat darzę Węgrów wielką sympatią. Pewnie dlatego, że kiedy byłam małą dziewczynką, jeździliśmy z rodzicami na wczasy właśnie na Węgry. Pamiętałam ten ich przeuroczy język (którego obiecałam sobie, że się nauczę - kiedyś), langosze z serem i keczupem oraz piękną, słoneczną pogodę. Może dlatego wybraliśmy właśnie Budapeszt. Poza tym, wszystko oprócz pogody było dokładnie takie, jak we wspomnieniach z dzieciństwa.
Właśnie dlatego, że Budapeszt nie był cały czas ciepły i słoneczny, przygotowałam dla Was mini-przewodnik po miejscach, które warto zobaczyć. Znajdziecie tu typowo przewodnikowe punkty, jak i inne, interesujące miejsca.
Do Budapesztu trzeba dojechać pociągiem. Piszę trzeba, bo jest to naprawdę niesamowita przygoda. Wyjeżdza on wieczorem z Warszawy lub Krakowa, potem jedzie z szaloną - naprawdę szaloną - prędkością przez Czechy, a rano jest w Budapeszcie na dworcu Keleti. Frajda z jazdy kuszetką, mili panowie konduktorzy, kawa rano do przedziału oraz świetny klimat nocnej podróży w nieznane. Pamiętam, że staliśmy bardzo długo w czeskim Bohuminie. Kiedy odsłoniłam roletę, moim oczom ukazał się wagon z napisem České dráhy, co szybko zostało dostosowane do mojego (i mojego męża) nazwiska. Takim sposobem z Bohumina odjeżdzaliśmy zostawiając za sobą wagon Czeskie Brachy. ;-)
Mamy z Tomkiem taką tradycję, że jeśli jesteśmy w mieście z metrem, nawet jeśli nie potrzebujemy, i tak musimy sobie nim pojeździć. Największe wrażenie zrobiło na nas metro paryskie, najgorsze - rzymskie (warszawskiego nie liczę... ;-). Po wizycie w Budapeszcie zastanawiam się czy nie robi większego wrażenia od tego w Paryżu. Każda linia jest inna. Zabytkowa linia M1 i jej żółte wagoniki to coś, czego chyba nie zobaczycie nigdzie indziej. Tą linią trzeba przejechac się koniecznie - to po prostu turystyczne must be. ;-) Za to mały architektoniczny szok wywołuje linia M4. Szczególnie stacja Kálvin tér i wykorzystanie przestrzeni. A jak już będziecie jechać metrem to posłuchajcie lektora. Uwielbiam ten język i jednocześnie niesamowicie bawiło mnie to, co wypowiadał. Po prostu 11/10 w skali takie urocze.
My niestety do centrum dojeżdzaliśmy najbrzydszą M3. Rekompensata za mało atrakcyjny widok stacji: nazwa ostatniej stacji M3. Kőbánya-Kispest bawiła nas z niewiadomych powodów.
Kolejna podróżnicza tradycja to piwo z najlepszym widokiem, jaki możemy znaleźć. Zwykle za widok dopłaca się 200% wartości trunku, ale... naprawdę warto. Nie podam Wam nazwy miejsca, w którym owe pierwsze piwo wypiliśmy, ale widok był cudowny. Po prostu przespacerujcie się nad Dunajem i wybierzcie to miejsce, z którego można zobaczyć coś super. A potem siedźcie, gapcie się przed siebie i cieszcie się tym, że podróż dopiero się zaczęła. :) My wybraliśmy widok na zamek. Piękny!
Budapeszt stoi termalnymi kąpieliskami. Nam udało się być na dwóch najpopularniejszych, czyli Széchenyi gyógyfürdő (Állatkerti krt. 9-11) oraz na kąpielisku Gellerta (Kelenhegyi út 4). Pierwsze jest świetne jeśli chcecie złapać troszkę słońca, a drugie uratuje nawet najbardziej deszczowy i zimny dzień. Przy okazji robiąca wrażenie architektura, cieplutka woda oraz możliwość zakupu świeżych owoców.
W okolicy kąpieliska Széchenyi znajdziecie dużo innych, ciekawych miejsc - więcej powiedzą Wam o nich przewodniki. Ja polecę tylko pomnik Anonima, którego pióro trzeba dotknąć, aby mieć zawsze wenę twórczą. Dotknęłam, nóżki mi się z wrażenia wykrzywiły, ale wena do pisania bloga - jak widać - jest. To na pewno sprawka Anonima... ;-)
Tuż obok kąpieliska Gellerta jest wejście na Górę Gellerta. O niej samej powiem tyle - było tak zimno i mokro, że muszę tam wrócić. Ale widok - bezcenny!
![]() |
| Wspomniany wyżej Anonim i wykrzywione krótkie nóżki. O radości do szklanki z Borsodi możecie przeczytać niżej. ;-) |
Jeśli interesuje Was temat totalitaryzmu to koniecznie pójdźcie do Domu Terroru (Andrássy út 60). Polecam go trochę w ciemno, bo czterokrotnie (!) nie udało nam się wejść do środka. Raz szliśmy na kąpielisko i stwierdziliśmy, że mamy czas. Za drugim razem wypadło nam z głowy, że poniedziałek to dzień zamkniętych muzeów. Potem, we wtorek, mieli jakąś awarię i muzeum było zamknięte. W czwarty dzień walki o wejście pokonała nas kolejka, która - według tego, co mówili inni - od dwóch godzin nie porusza się do przodu... Zrezygnowaliśmy. Widzieliśmy za to Dom Terroru z zewnątrz i już samo to bardzo mnie przeraziło i zainteresowało.
Po to, aby troszkę wychilliwować pojedźcie na Wyspę Małgorzaty, a tam poszukajcie Ogrodu Japońskiego. Piękna zieleń, woda, cisza - można po prostu odpocząć. Choć wiele miejsc na Wyspie Małgorzaty jest świetna, to Ogród Japoński jest miejscem, do którego chce się wracać!
A teraz trochę adresów - kilka propozycji gastronimicznych. Budapeszt stoi zimnym piwem kukurydzianym (które albo się kocha, albo nienawidzi). Po dobrze nalane Borsodi z pianką na kilka palców idźcie do Cafe Mézes Söröző, który znadziecie na Pipa u. 4. Właścicielem jest przemiły pan z wąsem, a cały pub to mała, śmieszna spelunka ze zdjęciami Aerosmith i AC/DC, gdzie czas jakby się zatrzymał. To po prostu takie mało standardowe miejsce, w którym można chwilkę odpocząć, napić się piwa, nie wydać fortuny i potem mieć fajne wspomnienie z nieoklepanego miejsca.
Zaraz obok wspomnianego pubu jest budapesztańska Hala Targowa (Vámház krt. 1-3). Poza tym, że trzeba uważać na portfele, warto zaopatrzyć się w zapas ostrej papryki oraz Palinki - ichniego trunku. Ilość suszonych papryczek, oliwy, win robi super wrażenie. Fani kuchni mięsnej będą zachwyceni ilością węgierskiego salami. Wegetarianie mniej. ;-)
Dla fanów słodyczy mam dobre wieści - na Paulay Ede u. 48 jest sklep SUGAR!, w którym znajdziecie raj fasolkowy. Oprócz tego ciastka, lizaki i lody - człowiek od razu głupieje i robi się dziesięć lat młodszy. My kupiliśmy sobie po dwie fasolki każdego smaku. Niektórych (np. mango z chilli) nie dałam rady zjeść. Niemniej jednak - polecam. :)
Zaraz obok fasolkowego raju jest raj hummusowy. Olive Tree Hummus Express (Paulay Ede u. 46) to dosyć nowa knajpka, którą otworzyło dwóch mężczyzn z Izraela. Zestaw hummusu z falafelami tak mi posmakował, że w ostatni dzień przyciągnęłam tam biednego małżonka i za ostatnie pieniądze kazałam sobie kupić to samo. Było naprawdę pysznie!
Jeśli lubicie widoki, koniecznie udajcie się na A38 Hajó. To statek, który od 2003 roku pełni funkcję restauracji, pubu i sali koncertowej. To naprawdę zaskakujące miejsce. A38 znajdziecie w okolicy mostu Petőfi.
A na koniec... Kobiety powinny pamiętać, że w Budapeszcie z łatwością znajdą drogierie DM. Tylko wspominam. ;-) Do tego wszystkiego jednym z taaaaakich ważnych punktów wycieczki będą budki z langoszami. Dobrze, że w stolicy Węgier byliśmy tylko kilka dni. Tak bardzo lubię te smażone placki, że nie wiem jak duża wróciłabym po dłuższym pobycie. ;-) Langoszy trzeba po prostu spróbować!
Na dziś to wszystko. Trudno byłoby mi polecić Wam wszystko to, co trzeba zobaczyć - w końcu od tego są papierowe przewodniki. Przedstawiłam Wam kilka miejsc, w których warto spędzić trochę czasu pomiędzy zwiedzaniem jednego i drugiego zabytku. Poniekąd mój mini-przewodnik dopuszcza plan zgubienia się - tak jak w Rzymie. :) Budapeszt polecam Wam na weekendowy wypad i... na podróż poślubną. Bo dziś nie potrafię sobie wyobrazić lepszego miejsca, do którego po ślubie moglibyśmy się udać!
Byliście w Budapeszcie? A może, podobnie jak ja, pamiętacie węgierskie wakacje na kąpieliskach w jakiejś turystycznej miejscowości?
Ps. Niektóre zdjęcia mają czarne krechy - robiłam je moim ówczesnym telefonem, który nie przeżył jednego upadku. ;-)
Ps. Niektóre zdjęcia mają czarne krechy - robiłam je moim ówczesnym telefonem, który nie przeżył jednego upadku. ;-)














0 komentarze