Gesty, słowa i emocje - jak sprawić, by dzień ślubu był jeszcze bardziej magiczny
11/03/2016
Kiedy zaczęliśmy przygotowywać się do ślubu, najważniejsze było dla mnie budowanie jeszcze lepszych relacji z Małżonem.
Bardzo mocno skupiałam się na nas, analizowałam i dbałam o to, żebyśmy
stali się małżeństwem z czystą kartą. To takie poczucie, że macie
wszystko wyjaśnione, nic gdzieś tam z tyłu głowy nie zalega, a ślub
będzie pięknym końcem narzeczeństwa i początkiem nowej drogi.
To dlatego moja organizacja tematów związanych z wyglądaniem tego ślubu ograniczyły się do podstaw i bez fajerwerków. Byłam zbyt pochłonięta tym, co działo się we mnie w środku oraz przygotowywaniem się do ślubu bardzo duchowo, że zapomniałam o tym, że może mogłabym kupić coś, co sprawi, że będzie jeszcze ładniej. Z drugiej strony nie miałam potrzeby organizowania tego dnia ze wszystkimi modnymi teraz gadżetami, a te, które postanowiłam jednak wykorzystać, były robione w ostatniej chwili. Jestem typem człowieka, który za pięć dwunasta lubi sobie dorzucić trochę nadprogramowych zajęć. Pamiętam, że kiedy manager sali spytał, czy dekorujemy salę do tańczenia, wzruszyłam ramionami na znak tego, że to tylko sala do tańczenia. Ot zaangażowana panna młoda. ;-)
Tym bardziej podziwiam pary, które robią absolutnie piękne śluby, często przygotowując prawie wszystko samodzielnie, przy czym efekt jest wspaniały (po śliczną realizację, zerknijcie np. do Dagmary:). Ślub to ogromne przedsięwzięcie, więc jeśli ktoś potrafi ogarnąć swoje uczucia, emocje, a do tego jeszcze dopiąć na ostatni guzik każdy detal to chapeau bas.
Po tym przydługim wstępie, w końcu sedno tego, o czym chciałam dziś napisać. Przez cały ten czas, szukałam rzeczy, które sprawią, że po latach (a jak na razie kilkunastu miesiącach), będę się wzruszać. Wiedziałam, że będą to rzeczy, które pozostaną ze mną na całe życie i na wspomnienie których będzie mi na sercu po prostu ciepło. To wszystko sprawiło, że w dniu ślubu, od samego rana towarzyszyły mi słowa, momenty, gesty i ludzie.
W jednym zdaniu wspomniałam Wam kiedyś o listach. W czasach, kiedy listów się nie pisze, była to wspaniała odmiana. To chyba jedna z najpiękniejszych ślubnych pamiątek, bo pełna takich słów, których nie mówimy do siebie codziennie. Wymieniliśmy się nimi dzień przed ślubem, a list od Małżona czekał na mnie całą noc, leżąc na stoliku pod suknią ślubną.
Samo pisanie było niezwykłym doświadczeniem. Mam problem, bo myślę szybciej, niż piszę (nawet na klawiaturze), przez co często trudno jest mi nadążyć za tym, co naprawdę chcę przekazać (i często łapię się na tym, że w jednym zdaniu rozpoczynam dwa wątki, dwie oddzielne myśli). Kiedy przyszło mi napisać list, dopiero za trzecim razem wyszło tak, jak chciałam. Ostatecznie i tak znalazłam jeden błąd, który podkreśliłam czerwonym długopisem. :)
To dlatego moja organizacja tematów związanych z wyglądaniem tego ślubu ograniczyły się do podstaw i bez fajerwerków. Byłam zbyt pochłonięta tym, co działo się we mnie w środku oraz przygotowywaniem się do ślubu bardzo duchowo, że zapomniałam o tym, że może mogłabym kupić coś, co sprawi, że będzie jeszcze ładniej. Z drugiej strony nie miałam potrzeby organizowania tego dnia ze wszystkimi modnymi teraz gadżetami, a te, które postanowiłam jednak wykorzystać, były robione w ostatniej chwili. Jestem typem człowieka, który za pięć dwunasta lubi sobie dorzucić trochę nadprogramowych zajęć. Pamiętam, że kiedy manager sali spytał, czy dekorujemy salę do tańczenia, wzruszyłam ramionami na znak tego, że to tylko sala do tańczenia. Ot zaangażowana panna młoda. ;-)
Tym bardziej podziwiam pary, które robią absolutnie piękne śluby, często przygotowując prawie wszystko samodzielnie, przy czym efekt jest wspaniały (po śliczną realizację, zerknijcie np. do Dagmary:). Ślub to ogromne przedsięwzięcie, więc jeśli ktoś potrafi ogarnąć swoje uczucia, emocje, a do tego jeszcze dopiąć na ostatni guzik każdy detal to chapeau bas.
Po tym przydługim wstępie, w końcu sedno tego, o czym chciałam dziś napisać. Przez cały ten czas, szukałam rzeczy, które sprawią, że po latach (a jak na razie kilkunastu miesiącach), będę się wzruszać. Wiedziałam, że będą to rzeczy, które pozostaną ze mną na całe życie i na wspomnienie których będzie mi na sercu po prostu ciepło. To wszystko sprawiło, że w dniu ślubu, od samego rana towarzyszyły mi słowa, momenty, gesty i ludzie.
W jednym zdaniu wspomniałam Wam kiedyś o listach. W czasach, kiedy listów się nie pisze, była to wspaniała odmiana. To chyba jedna z najpiękniejszych ślubnych pamiątek, bo pełna takich słów, których nie mówimy do siebie codziennie. Wymieniliśmy się nimi dzień przed ślubem, a list od Małżona czekał na mnie całą noc, leżąc na stoliku pod suknią ślubną.
Samo pisanie było niezwykłym doświadczeniem. Mam problem, bo myślę szybciej, niż piszę (nawet na klawiaturze), przez co często trudno jest mi nadążyć za tym, co naprawdę chcę przekazać (i często łapię się na tym, że w jednym zdaniu rozpoczynam dwa wątki, dwie oddzielne myśli). Kiedy przyszło mi napisać list, dopiero za trzecim razem wyszło tak, jak chciałam. Ostatecznie i tak znalazłam jeden błąd, który podkreśliłam czerwonym długopisem. :)
Te listy zostaną na zawsze i będą lekarstwem na czas, kiedy człowiek będzie miał ochotę swego małżonka zwyczajnie zadusić albo trzasnąć drzwiami i obrazić się na śmierć. Będą przypominać, dlaczego właściwie zdecydowaliśmy się pobrać i... kiedyś będę starą babcią, która będzie to znowu i znowu czytać. Pięknie, nie?
Jeśli nie wiecie, jak zacząć dzień ślubu, zacznijcie od listu, którym się wymienicie z przyszłym małżonkiem. To będzie piękne, intymne doświadczenie, które zostanie z Wami na cały dzień. I resztę życia.
Jeśli czytacie regularnie Krótkie nóżki, to wiecie, że jestem sentymentalna do bólu, a do tego jeszcze złączona z rodziną niewidzialną nicią przywiązania, której nie jest w stanie przeciąć nic. Moje przywiązanie objawia się także w wyjątkowym umiłowaniu rzeczy po babci czy po mamie (to też już wiecie :). Początkowo chciałam wystąpić w sukni ślubnej mojej mamy, której ponadczasowy krój pozwoliłby sądzić, że to nówka z salonu. Niestety, w czasie, kiedy musiałam podjąć decyzję, zamek sukni, delikatnie mówiąc, nie chciał się dopiąć. :)
Na osiemnaste urodziny dostałam od babci pierścionek. Wręczając go, babcia powiedziała, że mam go mieć na palcu w dniu ślubu. Tak też się stało. Był to dla mnie najważniejszy element biżuterii (poza obrączką oczywiście ;-), dla którego zrezygnowałam z pierścionka zaręczynowego (yey!).
Przez to wszystko chcę powiedzieć tylko, że... nie musicie realizować przesądów o czymś niebieskim, tym bardziej, jeśli nie wiecie co mogłoby to być. Możecie w dniu ślubu mieć ze sobą coś, co będzie dla Was bardzo ważne, związane z Waszą rodziną, historią, pięknymi wspomnieniami.
O first looku mówi się teraz dużo. Także dla mnie to jeden z najpiękniejszych momentów Tego Dnia. Zaskoczenie na twarzy przyszłego męża, szybkie bicie serca i poczucie, że to już zaraz. Nie odpuszczajcie tego, ucieknijcie do ogrodu albo drugiego pokoju. To taka chwila, która zapadnie Wam w pamięci na całe życie, bo oto widzicie swojego przyszłego męża. Z maślanymi oczami (właśnie się śmieję ;-).
Alternatywą dla tej opcji może być pierwsze spotkanie pod ołtarzem, kiedy to tata prowadzi pannę młodą i przekazuje jej rękę przyszłemu mężowi. Myślę, że to bardzo wzruszające, lecz nie mam pojęcia, jakie jeszcze emocje temu towarzyszą.
Czas w kościele, czas zaślubin, zostanie ze mną do końca życia. Pamiętam go bardzo dokładnie. Całą mszę śmiałam się od ucha do ucha, czego zupełnie się nie spodziewałam. Wiedziałam jednak, że oto dzieje się to, co dziś najważniejsze i najpiękniejsze, a przy tym byłam spokojna i szczęśliwa.
Dużo czasu poświęciliśmy na obmyślenie tego, jak chcielibyśmy, aby ten czas wyglądał. I nie rezygnujcie z tego. To będzie godzina, która ucieknie w mgnieniu oka. Warto ją zaplanować i dokonać wyborów.
Jednym z nich była przysięga mówiona z głowy. Pisałam już o tym, więc odsyłam Was do tekstu Odczarować banał, czyli rzecz o przysiędze małżeńskiej.
Drugim był wybór księdza, choć przyznaję, że zaufaliśmy tu intuicji i... Google grafika. :) Braliśmy ślub w obcej parafii, przez co nie znaliśmy księży i nie mieliśmy możliwości poznania ich wcześniej. Do wyboru mieliśmy dwóch, których nazwiska wrzuciliśmy w wyszukiwarkę. Jednym okazał się ten, z którym mieliśmy już do czynienia, lecz nie wywarł na nas dobrego wrażenia. Drugi miał zdjęcia w kowbojskim kapeluszu. Przez ten kowbojski kapelusz i sympatyczny uśmiech stwierdziliśmy, że ten ksiądz będzie świetny. Nie pomyliliśmy się. Kazanie, które usłyszeliśmy, było fenomenalne, ułożone dla nas, o nas, poruszające nas gdzieś tam głęboko w środku. Zupełnie jakbyśmy się znali z tym człowiekiem od lat. Jeśli macie możliwość wyboru księdza, nie rezygnujcie z tego. Tylko niekoniecznie sugerujcie się Google grafika. Myślę, że był to czysty przypadek, który wyszedł nam na dobre. A z drugiej strony... hej, tylko wyluzowani ludzie noszą kowbojskie kapelusze. :)
Kolejną ważną rzeczą były czytania. Jest ich naprawdę mnóstwo, więc wybraliśmy te, które idealnie oddawały to, co czujemy. Nie chciałam pozostawiać tego losowi, wydawało mi się to być przesłaniem, które zostanie z nami na dłużej. Nie wyobrażałam sobie też, aby czytane były przez ministrantów, dlatego poprosiliśmy o to nasze mamy. Dlaczego? Z miłości, z potrzeby usłyszenia tego od najbliższych osób, które dały nam życie. Drżący głos mojej Mami pamiętam do dziś.
Kiedy organizowaliśmy ślub i wesele, wiedziałam, że jest jeden problem. Nienawidzę tańczyć. Nie umiem tańczyć. Nie tańczę. Wesele to jednak nic innego jak tańce, a ja... Szukaliśmy alternatyw. Rzeczy, które uczynią wesele bardziej spotkaniem rodzinnym, czasem razem ze znajomymi, niż potańcówą z wódką i zakąską.
Część tego czasu spędziliśmy ze znajomymi na nocnej kawie na patio. Wymyśliłam też przemówienia. Kto tylko chciał, mógł wstać i powiedzieć... cokolwiek. Chrzestny Małżona zaznaczył, że to dzięki mnie wie, że są trzy typy sierści u jamników. Nasz kumpel powiedział, że jestem dobrotliwa. A moja Mama powiedziała kilka wzruszających słów od serca. Potem wstałam ja i nie pamiętam, co powiedziałam... :)
Moja siostra przygotowała dla nas prezentację ze zdjęciami od początku naszego związku. Często do niej wracam, a wtedy były momenty, że śmiałam się do łez. To było fantastyczne przypomnienie naszej historii. Obie rzeczy — i przemówienia, i prezentacja — były dla mnie bardzo ważne. Czułam je jako coś od serca, dla nas, bo ktoś mógł, ale nie musiał.
I to właśnie był mój magiczny ślub. Całkiem zwyczajny, ale w środku mnie siedział ogrom emocji. Oto stałam się żoną w dniu pełnym pojedynczych słów i gestów. Jeśli przygotowujecie się do ślubu, nie rezygnujcie z nich i pamiętajcie o tym, co w środku.
A jeśli jesteście już po, jak zawsze chętnie poczytam o Waszych najpiękniejszych chwilach. Takich wiecie, które są z Wami do dziś.
Zdjęcia we wpisie pochodzą z naszego ślubu, zrobione oczywiście przez Bajkowe Śluby. :)

0 komentarze